Warszawa, Birkenau i ziemne osy w Treblince

Rocznica Powstania Warszawskiego, rocznica zagłady cygańskiego obozu w Birkenau (wyjątkowo nie dotarłem – Szabat) , rocznica rewolty w Treblince.

Wszystkie rocznice łączy upał i myśl – jak oni mogli to przetrwać.

Treblinka3082014
Z Filipem Białowiczem podczas jego przemówienia w Treblince 3 sierpnia 2014

W mediach pojawiają się dywagacje na temat sensowności czy też bezsensowności powstania. Rozum mówi – setki tysięcy zabitych, zamordowane miasto. Serce – zryw ku wolności, walka z niemieckim okupantem po latach niewoli. No i oczywiście zwolennicy rozumu zażarcie polemizujący ze zwolennikami serca. Do tego zwyczajowe gwizdy na cmentarzu – gwizdali pewnie i jedni i drudzy, połączeni podczas tej uroczystości potrzebą wykorzystania przeszłości do walki z teraźniejszością.

Niezależnie od poglądów – wstyd.

Nie powinniśmy oceniać Powstania – jest w gruncie rzeczy raną zbyt świeżą, niezabliźnioną. W tkance ludzkiej i miejskiej – tu nie do zagojenia. Warszawa już nigdy nie będzie tym, czym była.

Powinniśmy skupić się na gromadzeniu wiedzy o tamtych dniach – kiedyś, za kilkadziesiąt lat nowe pokolenie historyków będzie w stanie podejść do tych wydarzeń bardziej obiektywnie i beznamiętnie. Przeanalizować źródła, które musimy im zapewnić.

Nie byłem w tym roku na Birkenau – w rocznicę romskiej zagłady jakże trafnie nazywanej Porrajmos (pochłonięcie). Najpewniej było tak samo jak co roku – ze świata zjechali się Cyganie i jak co roku rozpamiętują, jak to zostały pochłonięte rodziny i przyjaciele. Jest parę zwyczajowych przemówień, ale głównie widać błąkające się po polach Birkenau grupki – chodzą od ruin do ruin, rozmawiają, pewnie wspominają. Co mówią, trudno powiedzieć. Wiem, że wśród nich są i tacy, którzy mogliby stanąć w synagodze jako członkowie każdego minianu. Niemało Żydów uratowało się w romskich taborach i wielu w nich pozostało. Wiem, bo znam takich.

Wieczorem pewnie była już mniej formalna uroczystość – poczęstunek, trochę wódki czy piwa, muzyka, śpiewy. Niby żywiołowe i radosne, ale jakoś nie tak. Siedzą, piją, słuchają, dużo rozmawiają. Zjechali się z całej Europy gnani potrzebą silniejszą niż zwyczajowe wędrówki.

Treblinka i znowu z nieba leje się żar. Lubię taka pogodę, ale dla Igo Willenberga (powstańca z Treblinki) czy Filipa Białowicza (powstańca z Sobiboru) to musi być nie do zniesienia. Igo mówi, że wtedy też było tak gorąco. Obydwaj z Filipem mówią o potrzebie pamiętania i wolności, bohaterstwie, antysemityzmie. Mówią o walce Żydów o przetrwanie. Wtedy i teraz, w coraz trudniejszej i nierzadko nieprzychylnej Izraelowi i Żydom Europie.

Słucham ich emocjonalnych, przywołujących koszmar WTEDY i lęki o DZIŚ wypowiedzi. Patrzę na piasek i brukowe kamienie wokół pomnika. Ziemna pszczoła, może osa, stara się wybudować sobie gniazdo i kopie w skwarze dziurkę pod kamieniem. Patrzę na jej wysiłek i zastanawiam się, czy, kiedy już zakończy się ceremonia, nieostrożni przechodnie rozdepczą podziemne kryjówki.

Myślę o wszystkich, dla których najważniejszy był dom, schronienie, wychowanie potomstwa, obojętnych na zmiany wokół nich.  Żadni bohaterowie, ot zwykli ludzie. Aż ich domki i chatki zostały rozdeptane a oni pochłonięci.

Chcieli tylko życia i odrobiny poczucia bezpieczeństwa – i w kamienicach na Kruczej czy Nalewkach, i w cygańskich taborach. Pamiętajmy też o nich.