Szkoda tych chłopców i dziewczyn…

Miałem wujka. Oczywiście przyszywanego – Hitler i jego pomagierzy zadbali, bym nie miał prawdziwych wujków, ciotek i stryjenek.

Postrzelili go wszyscy solidarnie – pierwszą kulę (zresztą wykrytą zupełnie przypadkowo wiele, naprawdę wiele lat po wojnie) dostał w Powstaniu od Niemców, potem, jak pamiętam, kolejne zawdzięczał Polakom i Rosjanom. Uwielbiałem go, moja żona, mimo że zawsze był przemiłym sympatycznym starszym panem, instynktownie się go bała. Bardzo późno dowiedziałem się, że przed Powstaniem był w Egzekutywie. Ożenił się z koleżanka, sanitariuszką, która po kapitulacji Powstania przeszła Ravensbruck. Nauczył mnie piosenki “Na polanie leśnej żeśmy się spotkali”. Nie ma jej w repertuarze piosenek partyzanckich.

W latach osiemdziesiątych, już jako mocno starszy pan, bez jednego płuca, z dziurą w kostce i pociskiem ze Schmeissera w kręgosłupie był nadal aktywny – współorganizował ukrywanie się jednego z bardziej poszukiwanych w stanie wojennym opozycjonistów. W moim lesie. Zabawne, bo w miarę nieświadomie brałem w tym udział.

Dlaczego przypominam o Wujku Januszu? Bo On i jego Koledzy i Koleżanki te ponad siedemdziesiąt lat temu uwierzyli , że się uda.

Dzisiejsze analizy historyków czy pseudohistoryków o kalkulacji czy obłędzie nie mają przesadnego znaczenia. Oni wierzyli wtedy, że się uda. My, z poziomu naszej wiedzy o tym, co stało się dalej, nie mamy prawa ich oceniać. Tak jak nie wolno nam oceniać Rumkowskiego i Czerniakowa.

Ale tak szkoda tych chłopców i dziewczyn, szkoda miasta, które już nigdy nie będzie takie, jak było…