Po manifestacji

Od dawna raczej nie chodzę na manifestacje. Może to wpływ lat 80., może nie odpowiada mi już ta forma, ale czułem, że na tej właśnie muszę być – kontrmanifestacji wspierającej Izrael w wysiłku zapewnienia swoim obywatelom bezpieczeństwa przed arabskim ostrzałem.

Demonstracja2014KM

Po dosyć żałosnej próbie (bo realnym działaniem nazwać tego nie sposób) tak zwanych środowisk prawicowych, po lewicy spodziewałem się równie nieudanej powtórki.

Miały być uwspółcześnione herbertowskie “wnuczęta Aurory, chłopcy o twarzach ziemniaczanych, bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”. Oraz oczywiście kilku Arabów. Takiego składu manifestacji się spodziewałem.

Błąd.

Pod ambasadę Izraela przymaszerowała ponad dwustuosobowa grupa.

Pod flagą Hamasu, Autonomii, syryjskiej armii wyzwoleńczej oraz z czarno-czerwonymi proporcami. Składająca się w przytłaczającej większości z Arabów. Zapowiedziane “środowiska lewicowe” reprezentował starszy siwy pan schylony pod ciężarem czerwonego sztandaru.

Po drugiej stronie staliśmy my – z flagami Polski i Izraela.

Demonstracja2014KM2

Przyznaję, że byłem szczerze wdzięczny Policji za to, że umożliwiła nam skupienie się w jednej grupie. I chyba po raz pierwszy w życiu byłem wdzięczny za tak sprawne działanie funkcjonariuszy jednostek prewencji.

Dalej są tylko migawki:

Nobliwie wyglądający pan w arabskiej kofiji na szyi wymachujący palcem przed nosem dowodzącego zabezpieczeniem policjanta; domagający się, by nas rozpędzono, gdyż jesteśmy tu nielegalnie.

Demonstracja2014KM3

Krzyki po arabsku, które wreszcie przerodziły się w skandowane “Allahu Akbar”.

Młoda kobieta, która nie dopuściła do spalenia izraelskiej flagi. Wyrwała ją jednemu z Arabów wymyślając mu jednocześnie od faszystów.

Wreszcie, odsunięci przez Policję od skandującego tłumu, wszyscy razem poszliśmy w stronę Twardej. Ostatecznie był piątek po południu, dla niektórych spośród nas wkrótce zaczynał się Szabas.

I my i oni mamy TAM krewnych czy przyjaciół – oni zmuszonych do służenia hamasowcom jako żywe tarcze, niepewnych czy zginą od arabskiego strzału w tył głowy, czy izraelskiego uderzenia z powietrza. My – krewnych słuchających radia i jęku syren, ze smartfonową apką służącą do natychmiastowego wysłania sygnału o pomoc w przypadku porwania przez arabskich terrorystów.

Nie będę snuł rozważań o motywach arabskich manifestantów – nobliwy pan z bródką i w kraciastej chuście z pewnością był w pracy. Wśród pozostałych byli z pewnością zarówno ideowcy, jak i ci, którzy obawiali się zadanego oskarżycielskim tonem pytania – A czemu cię nie było? Twoja rodzina powinna protestować przeciw syjonistycznej okupacji!

Po naszej stronie było prościej – wszystkich łączyła troska, niepokój i potrzeba zaprotestowania przeciw niegodziwości tych, których media z niejasnych przyczyn nazywają “bojownikami”. Przypomnienia, że Izrael ma prawo do istnienia i obrony.

A w naszych czasach, słysząc język arabski na ulicach Paryża, Berlina, Hagi czy Oslo coraz częściej powinniśmy się zastanawiać, czy to właśnie Izrael nie będzie bezpieczniejszym miejscem dla naszych dzieci czy wnuków od coraz bardziej bezwolnej i słabej Europy.