Jednak o przybyszach

Europa

Wprawdzie ostatnio niemało się dzieje, ale przyznam, że jakoś nie miałem siły, by to opisywać.
Strofy o referendum w złotym pociągu wymagałoby chyba pióra mistrza Mrożka.
Gdyby żył B.p Sir Terry Pratchett przypuszczalnie poświęciłby Polsce kolejną opowieść z serii Świat Dysku.
Nie miałem również zamiaru pisać o uchodźcach (jak to ich nazywają bezkrytyczni zwolennicy nieskrępowanego przyjmowania obywateli Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu), czy też imigrantach – jak nazywają ich przeciwnicy.
Bez moich trzech groszy dość jest w sieci na ten temat.

Jednakże dałem się namówić na udzielenie wywiadu serwisowi NaTemat i paru moich znajomych (w łagodny zresztą sposób) zarzuciło mi, że odpowiedzi na pytania były “godne polityka”.
Tak, wiem – w dzisiejszych czasach to nie komplement.
Dlatego postanowiłem napisać te kilka słów o przybyszach – bo dotyczą zarówno uchodźców, jak i imigrantów.

Na początek – Unia Europejska, czyli porażka na całej linii.

Unijni specjaliści od krzywizny ogórka, zawartości procentów w wódce, czy oceny jaki rodzaj sera jest produktem regionalnym, okazali się całkowicie bezradni w konfrontacji z realną sytuacją.
Brak dyrektyw i procedur w strukturze, która z jednych i drugich zrobiła rodzaj sztuki dowodzi bezsensu jej funkcjonowania.
Żeby było jasne – w Polsce nie jest lepiej.
Pan prezydent mówi jedno, pani premier drugie, opozycja zaciera ręce.
W sytuacji, gdy porozumienie ponad podziałami wydawałoby się oczywistością oraz mając na uwadze fakt, że w każdym momencie możemy mieć do czynienia z całkowicie realnymi uchodźcami z objętej wojna Ukrainy – ta beztroska budzi pewien niepokój.

Myślę, że znaleźliśmy się między młotem a kowadłem.
Z jednej strony prosta przyzwoitość mówi nam, że przybyszom trzeba pomóc.
Z drugiej strony obawiamy się radykalnego islamu, terrorystów, którzy wraz z uchodźcami z pewnością nadeszli. Straszą nas również wizje podparyskich dzielnic, do których boi się wejść i lekarz i policjant.

Potrzebującym należy pomóc.
Zapewnić dach nad głową, żywność i opiekę lekarską. Stworzyć miejsca, w których będą mogli przetrwać. Do czasu aż zagrożenie, które ich do nas przygnało przestanie istnieć.
Tworzyć ośrodki dla uchodźców, finansować te, które są poza granicami Europy.
Dziś, podejmując mniej lub bardziej niezborne decyzje – staramy się walczyć ze skutkami sytuacji w Afryce czy na Bliskim Wschodzie – a nie z jej przyczyną.
A to zadanie dla całego świata, który chce się nazywać “cywilizowanym”.

Imigranci to zupełnie inna sprawa.
Zadaniem rządów poszczególnych państw jest podjęcie decyzji czy napływ siły roboczej, “odmłodzenie” populacji, czy poprawa wskaźnika dzietności jest w ich interesie.
Rządów – a nie wydawanych odgórnie dyrektyw.

Zupełnie niedawno uczestniczyłem w seminarium, na którym jednym z panelistów był były dyrektor Mossadu. Pytany o sytuację na Bliskim Wschodzie i zagrożenia jakie niesie ze sobą rozpad większości tamtejszych państw, stwierdził, że przy obecnych sporach wewnątrz islamistów Izrael znalazł się o wiele niżej na liście ich priorytetów. Paradoksalnie – stał się o wiele bezpieczniejszym miejscem niż dotychczas.
Europa – z zagrożeniem na wschodzie, nieopanowanymi ruchami migracyjnymi i coraz wyraźniejszymi liniami wewnętrznych podziałów – Izraelem dziś nie jest.