Gdy wrócimy ze „Skrzypka…” obok fontanny

Skrzypek

Mój stosunek do Teatru Żydowskiego był… najłagodniej mówiąc – różny.

Pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych byłem w nim dosłownie parę razy. Sytuacji nie poprawiały organizowane w rocznicę powstania w getcie akademie ku czci, oraz gościnne występu aktorów teatru powtarzających te same szmoncesy i żelazny repertuar piosenek w jidysz.

Bawiła, parokrotnie powtarzana, anegdota o starym Żydzie z Izraela, który z oburzeniem odrzucił propozycję przyjęcia słuchawek z tłumaczeniem na polski, a podczas przerwy chyłkiem zmienił zdanie.

Tak, wizyta na scenie przy placu Grzybowskim była bardzo daleko na liście moich teatralnych priorytetów.

Tak naprawdę to chyba poza nią.

Mam wrażenie, że do “Dybuka”.

Szedłem na ten spektakl, mając w pamięci jego wcześniejszą wersję. W szczegóły nie będę się zagłębiał, bo to nie pora na prawienie złośliwości. Tak prosto skwitowanych później w “Aktorach Żydowskich”.

Nowy „Dybuk” mi się nie spodobał, ale metamorfoza, jaką przeszedł Teatr zrobiła na mnie wrażenie. Na tyle duże, że zacząłem systematycznie chodzić na kolejne premiery.

Podobało mi się. Krytykiem teatralnym nie jestem, ale podobało na tyle, że pokusiłem się o napisanie recenzji – tych “Aktorów”.

Ale tym razem nie będzie recenzji – raczej diagnoza.

Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce sprzedało budynek. Formalnie rzecz biorąc miało do tego prawo. Zawarło umowę, na mocy której jakoby miano wyburzyć część budynku, wykonać cześć inwestycji, przenieść do niej Teatr, a następnie wyburzyć drugą część i kontynuować budowę.

I co do tego pomysłu mam spore wątpliwości.

Tego rodzaju proces inwestycyjny jest trudny technicznie (już budowanie przy Placu Grzybowskim to nie lada wyzwanie), a dzielenie go na takie etapy miałoby kolosalny wpływ na koszt całej inwestycji. Kolejny problem to wyburzanie budynku po kawałku i niezakłócone funkcjonowanie niezburzonej części. W ogóle nie wiem, czy tego rodzaju pozwolenie na rozbiórkę można otrzymać. Wydaje mi się, że nie.

Dziś to już tylko akademickie rozważania.

Właściciel budynku (słusznie, czy też nie) z przyczyn formalnych uniemożliwił funkcjonowanie Teatru.

Kto i w jakim stopniu dotrzymał, lub nie, zawieranych porozumień może być dziś co najwyżej szansą do wystawienia rachunków przez firmy prawnicze. Z wynikiem za kilka lat, czyli w czasie, gdy nikt już nie będzie do końca pamiętał o co chodzi.

Liczy się tu i teraz.

Moim zdaniem zarówno deweloper, jak i TSKŻ są zdeterminowani, by rzecz zakończyć jak najszybciej. Wyburzyć budynek i wtedy bez większych trudności uzyskać korzystne warunki zabudowy.

Zespół aktorski broni się jak może. Zgrzytliwie wygląda w tej sytuacji oświadczenie pracowników technicznych o wieloletnich zaniedbaniach, ale nie będę go osądzał. Pracując wiele lat temu w teatrze wiem, jak wielka jest obawa przed pożarem.
Problem w tym, co dalej. Czy znajdzie się miejsce, w którym Teatr będzie mógł kontynuować swoją działalność. Czy i kiedy powstanie przyobiecanych nowa siedziba? Czy do tego czasu wśród warszawskich aktorów dramatycznych i komediowych znajdzie się miejsce dla aktorów żydowskich?

I o to powinniśmy zadbać, kiedy już wrócimy ze „Skrzypka na Dachu” zagranego obok fontanny na placu Grzybowskim.

Bo kolejnych przedstawień – i tych szmoncesowych, które mnie drażnią i tych wyczekiwanych – może po prostu już nie być.