20 rocznica śmierci Icchaka Rabina

20141113_085225

Izrael jednak nie jest “typowym państwem bliskowschodnim” – w 20 lat po śmierci Icchaka Rabina.

Wprawdzie od 4 listopada 1995 minęło już 20 lat, ale mam wrażenie, że to było wczoraj. I bynajmniej nie jest to chwyt retoryczny – pamiętam czas, miejsce i nawet komputer, przy którym wtedy siedziałem.

A siedziałem wtedy “na ircu”.

Dziś już pewnie niewielu pamięta tego praojca wszelkiej maści komunikatorów, funkcjonującego pod Windowsami, jak i w trybie znakowym. Szybki i skuteczny sposób komunikowania za pomocą tematycznych kanałów i indywidualnych chatroomów – nazwy wtedy raczej nie znanej.

A “siedziałem na kanale” #zydzi.

Stworzyliśmy go wtedy w ramach projektu domeny jewish.org.pl, wyposażyliśmy w bota o nicku Szomer, który za wszelkiej maści “Żydzi do gazu” czy “Jude raus” bezlitośnie wyrzucał z kanału. Na #zydzi spotykali się ludzie z całej Polski, zarówno znajomi mający ochotę zwyczajnie pogadać, jak i osoby, które o Żydach chciały się czegoś dowiedzieć. Nie brakowało również bałwanów-antysemitów wierzących w internetową anonimowość. Z błędu zazwyczaj wyprowadzał ich Szomer a raz także “sąsiedzka pomoc” z kanału #israel.

“Siedziałem” wtedy również na #israel i pewnie dlatego dowiedziałem się pierwszy.
“Zastrzelono Rabina!” – napisał jeden z użytkowników.

Natychmiast rozpętała się gwałtowna dyskusja o tym, że z arabskim terrorystami trzeba wreszcie zrobić porządek, że jesteśmy zbyt tolerancyjni…

I nagle okazało się, że Icchaka Rabina zabił Żyd.

I na ircowym kanale zapanowała cisza.

Jeden z publicystów Gazety Wyborczej rzucił zgrabnym bon-motem: “I oto Izrael stał się normalnym bliskowschodnim państwem”. W domyśle takim, w którym spory polityczne rozstrzyga się nożem lub kulą.

A ja zupełnie nie wiedziałem, jak zaoponować.

Pomogli mi sami Izraelczycy. Przez kraj przetoczyła się fala zgrozy i oburzenia, chyba jak nigdy dotąd. Mord polityczny Żyda na Żydzie był dla większości wstrząsem nie do pojęcia.

I jak dziś wiemy – tak już zostało. A Izrael pozostał sobą – Izraelem, a nie “normalnym bliskowschodnim państwem”.

Patrząc na otaczający nas świat, myślę, że brak nam przywódców takich jak Rabin.
Ludzi, którzy swojej miłości do ojczyzny dowiedli, przelewając za nią krew, a dopiero później zanurzyli się w sadzawce polityki i rządzenia. Czasem zresztą z nie najlepszym dla siebie samych skutkiem.

Potrzebujemy takich jak Icchak Rabin czy Ariel Szaron – gdy trzeba, walczących z wrogiem, ale gotowych do negocjacji i ustępstw, gdy jest szansa na pokój.

Pewnie nie tylko w Izraelu.